Pierwszy w życiu autostop

26232_1264798467471_6209751_nBlog nazywa się wtripie, a ponieważ łatwiej pisze mi się o muzyce (to naprawdę moja miłość) – zaczęły przeważać wpisy muzyczne. Powoli trzeba ten stan zacząć zmieniać i mimo, że pojawiło się już kilka notek o turystycznych wojażach, postaram się bardziej na nich skupić. Z tego co wiem, wiele osób czeka na wpisy dotyczące autostopu, więc dziś, w ramach wprowadzenia do tego tematu – mój pierwszy autostop!

Poznaj siebie

Nie jestem jakąś wielką autostopową wikipedią, aczkolwiek ponad 15 tysięcy kilometrów pokonanych w ten sposób pozwala twierdzić, że doświadczenie pewne zdobyłem ;) Na pewno nie robię już podstawowych błędów, kilkudniowy trip mnie nie przeraża, potrafię się na szybko przygotować, poradzić sobie ze złą miejscówką, a cierpliwość to już mam wyszlifowaną do ostrości (jak brzytwa :P). Chciałbym aby ten wpis zachęcił kogoś do swojej pierwszej autostopowej wycieczki – w końcu mamy środek lata! :)

9635_1113118275561_5708782_nAutostopem przejechałem caluśką Europę w tę i z powrotem – dosłownie! Trasa Lublin-Porto-Lublin spokojnie może do tego miana aspirować. Autostopowałem w 40-stopniowym upale, w deszczu i podczas zimy. Zwiedziłem kilkanaście krajów, wracałem tak niejednokrotnie po prostu na święta do domu by uniknąć tłoku w PKP, od kilku lat dojeżdżam i wracam tak z Woodstocku. Stałem na totalnym bezdrożu, przymusowo łapałem na bardzo ruchliwej  autostradzie oraz w centrum kilkumilionowego miasta. Jeździłem sam, w parze, w trójkę, czwórkę, a ostatnio ze znajomymi wylądowaliśmy na stacji benzynowej w Chorwacji w 12 osób. Jechałem zajebistymi sportowymi samochodami, 30-letnim maluchem (maksymalna prędkość – dokładnie 66 km/h), TIRem, traktorem, samochodami z kierownicą po prawej, transportem zwierząt, pustym autokarem i nowiutkim samochodem kupionym tego samego dnia. Czekam ciągle na motor, policję i kabriolet. Swoją drogą – niemiecka policja mnie kiedyś z autostrady przeganiała. No ale nie podwiozła :P Byłem z kierowcą TIRa na załadunku, nawigowałem po niemieckich bezdrożach spóźnionemu dostawcy gdy autostradę zakorkował wypadek (zestresowany pomyliłem się kilka razy i 40-tonowy TIR zawracał w środku lasu :D). Jechałem w samochodach na lawecie podczas gdy moje bagaże były w innym z tych samochodów. Pchałem zepsuty samochód, byłem przyczyną mandatu kierowcy (zagadał się :P), chowałem się u TIRowca podczas rutynowej kontroli policji (a w pojeździe nie miałem prawa być). Jechałem z kierowcami, z którymi jedyny sposób dogadania się był na migi oraz z takimi, którzy na pewno nie byli normalni i nie mówię o pozytywnie zakręconych krejzolach :P Kimałem w kabinie z kierowcą podczas długiej pauzy, niejednokrotnie jadłem z nimi śniadanie lub obiad. Kiedyś kłóciłem się z kobietą, która nie chciała mnie wziąć (nie wiem czemu w sumie tak zrobiłem – mimo wszystko jej nie namówiłem). Zabawiałem płaczące 2-letnie dziecko (a rodzic miał poważną służbową rozmowę), wpadłem w poślizg a jeden kierowca nadłożył ponad 100 km w jedną stronę bym miał lepszą miejscówkę. Spałem w krzakach, na polu, pod wiaduktem, na plaży, w toalecie, w miejscu na grilla i w zjeżdżalni przy McDonaldzie…

9635_1108242393667_5808016_nTo wszystko są piękne doświadczenia i mam nadzieję je wszystkie na tym blogu powoli opisać. To co dzięki nim zyskałem – zasługuje na oddzielny wpis i tak właśnie uczynię, bo autostop to kopalnia wiedzy i doświadczenia. Również wiedzy o samym sobie. Cała moja przygoda z autostopem zaczęła się przypadkiem i jest całkiem trywialna. Myślę, że po tym co przeczytaliście – będziecie wręcz lekko zawiedzeni ;) Ten wpis to jednak tylko intro do całej autostopowej historii – od czegoś trzeba jednak zacząć. A swoją drogą – autostopową historię niedługo będę pisał dalej :)

Rzeszów – Kraków

Otóż – pierwsza trasa jaką zrobiłem to Rzeszów – Kraków. Jeden samochód, jeden gadatliwy kierowca i jeden wyprzedzony pociąg. Wracałem z koncertu OMEGI w Sanoku (to ci od Dziewczyny o Perłowych Włosach). Uradowany byłem niesamowicie, bo zebrałem autografy muzyków, uścisnąłem dłonie legend z KSU (supportowali) i w ogóle spędziłem świetny weekend w Bieszczadach z tatą. Swoją drogą – tam, po wyciecze po górach potrzebowaliśmy podwózki do samochodu kilka kilometrów i tam de facto złapałem swojego pierwszego stopa. Była to jednak wręcz podwózka, a samodzielny miał się wydarzyć dzień później.

Wracając z całego pobytu musiałem rozdzielić się z tatą w Rzeszowie – on pojechał na naszą Lubelszczyznę, a ja do Krakowa. Planowo miałem pojechać pociągiem – jedzie 3 godziny, kosztuje bodajże niecałe 20 złotych i wydaje się być najlepszą opcją. Zaszedłem na dworzec – a tam zonk, najbliższy do Krakowa odjeżdża za cztery godziny. No to ładnie, myślę sobie, trzeba będzie trochę pokoczować i uzbroić się w cierpliwość. Dla pewności zaszedłem jeszcze na dworzec PKS, ale tam sytuacja była jeszcze gorsza. Po kilkudziesięciu minutach bezczynności i obejrzeniu całego dworca, a rozochocony ową podwózką w Bieszczadach – stwierdziłem, że skoro mam tyle czasu – to spróbuję złapać tego osławionego stopa. Krótka analiza mapy, zapytanych kilka osób, trzy przystanki autobusem i już stałem na wylotówce z metropolii Rzeszów. Początkowo stałem w złym miejscu, na złej drodze, ale jakimś cudem zorientowałem się, że coś jest nie tak :P

26232_1264798667476_5549137_n

Zerowe doświadczenie

Łapałem na palec – bez kartki, bo w sumie nie wiedziałem, że tak można. Początkowo człowiek bardzo się ‘wstydzi’ tego, że stoi przy drodze i macha ręką, to takie niezręczne. Po chwili jednak ten lekki stresik przechodzi i robi się przyjemnie. Gdy zatrzyma się samochód – euforia. Taką czułem już po kilkunastu minutach bo zatrzymał się jakiś samochód – do dziś pamiętam, że czarny. Podbiegam i w sumie spanikowany zacząłem mówić jakieś dziwne rzeczy, uderzyło mnie to, że nie wiem co się w takiej sytuacji mówi. Miałem jednak szczęście – kierowca był wyrozumiały i co najlepsze – jechał prosto do Krakowa! Czaderskie uczucie! Ochoczo wrzuciłem plecak do bagażnika i wskoczyłem na przednie siedzenie pasażera.

Kierowca okazał się być bardzo rozmowny, a ja podekscytowany sytuacją, która mnie spotkała, również byłem bardzo gadatliwy. Swoją drogą, i wcale nie przesadzam, była to jedna z najciekawszych i najbardziej wartościowych dyskusji jakie kiedykolwiek przeprowadziłem z autostopowym kierowcą. Facet był bardzo inteligentny i ciekawy świata – obgadaliśmy politykę, podróże, studia, psychologię, religię i nawet sporo filozofii się pojawiło.

Holandia, Amsterdam, 2010 - oficjalne miejsce do łapania stopa :)

Kierowca poinformował mnie, że miałem szczęście bo trudno tutaj złapać autostop. Wtedy mu uwierzyłem, ale z perspektywy czasu nie uważam, żeby tamto miejsce było bardzo złe. Według mnie było nawet bardzo dobre, bo stałem na przystanku autobusowym (więc miał się jak zatrzymać), byłem już trochę od centrum, ale ciągle na tyle bezpiecznie bym mógł wrócić w razie czego na pociąg. Do tego przez Rzeszów i tę drogę pruje cały transport z Ukrainy więc prawdopodobnie złapałbym coś czy tak czy siak. No ale wtedy o tym nie wiedziałem – moją jedyną wskazówką był znak na Kraków. To w czym rację miał kierowca to to, że było już późno i zaczynało się robić ciemno a ja bez kartki mogłem nie przypominać typowego autostopowicza. Cóż – moje szczęście, że dla niego akurat tak wyglądałem :) No i właśnie na takich gadkach czas nam szybko minął i za chwilę musiałem wysiadać już w Krakowie. Mężczyzna był bardzo miły i podwiózł mnie w dogodne dla mnie miejsce.

Hiszpania, Walencja, 2010 - wielogodzinne, nieudane próby wydostania się z tego miasta

Podziękowałem za życzliwość, pożegnałem się i wysiadłem niedaleko domu. Założyłem plecak i spojrzałem na zegarek – pociąg z Rzeszowa miał odjechać dopiero za 35 minut co oznaczało pełen sukces mojej pierwszej autostopowej przygody :)

Być może właśnie dlatego tak pokochałem tę formę podróżowania… :)

 

kacper